Czytanie jest sexy

„Nie czytasz nie idę z Tobą do łóżka”. Czy akcja promująca czytelnictwo spowoduje katastrofę demograficzną w Polsce? Dlaczego Polacy czytają mało i co zrobić, żeby czytanie było sexy? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w wywiadzie z Anią Dziewit-Meller, dziennikarką od lat zajmującą się promocją książek, pisarką, podróżniczką, autorką nowego, oryginalnego Vloga o książkach „weBook”.


M.M. Galik: Znasz rynek wydawniczy od podszewki. Dlaczego Polacy nie czytają?

Ania Dziewit-Meller: Zazwyczaj ludzie pytani o to, dlaczego nie czytają mówią, że ich na to zwyczajnie nie stać, bo książki są w Polsce bardzo drogie. I oczywiście mają rację ale tylko częściowo. Książki są bardzo drogie ale na przykład bilety do kin są droższe (zwłaszcza gdy zabieramy tam całą rodzinę), a jednak multipleksy nie świecą pustkami. W dodatku ten argument finansowy łatwo zbić tym, że dziś biblioteki w Polsce są naprawdę dobrze zaopatrzone i wszystko czego się szuka, zazwyczaj można tam znaleźć. Myślę więc, że nam się po prostu nie chce. Szukamy łatwej rozrywki, w gazetach czytamy tylko podpisy pod zdjęciami, skupiamy się na obrazkach. Ktoś powiedział, że to taki swoisty powrót do kultury obrazkowej. Nie chce się nam wysilać, ale w dużym stopniu dlatego, że nikt nam nie pokazał, że czytanie jest świetne.

M.M. Galik: Czy czytanie jako takie musi być wartością samą w sobie? Czy chodzi raczej o odbiór kultury? Zmiany technologiczne i mentalne spowodowały przeniesienie ciężaru na internet, kino, telewizję. To jest olbrzymia konkurencja. Ale czy gorsza? Czy oglądanie serialu Gra o tron jest gorsze od czytania książki?

Ania Dziewit-Meller: Myślę, że czytanie nie jest lepsze od oglądania – jest po prostu zupełnie inne. Wiedza przyswajana z książek dociera do nas inaczej, niż ta przyjmowana w powierzchowny sposób z ekranów. Ludzie, którzy czytają, po prostu wiedzą więcej. Lepiej rozumieją złożoność świata, mniej się boją. I choćby nie wiem jak próbowano mnie przekonywać – ja uparcie twierdzę, że wiedza to jest nasz najważniejszy kapitał.

M.M. Galik: Nie mogę sobie odmówić przyjemności skrytykowania systemu edukacji, który ma swój udział w zniechęcaniu do książek. Zawsze czytałam bardzo dużo, ale miałam traumę po Starym człowieku i morze i Ani z Zielonego Wzgórza. Wyobrażam sobie katusze, jakie przeżywają chłopcy czytając Anię. Jakie lektury wywołały u Ciebie awersję? I jak to zwalczyłaś ?

Ania Dziewit-Meller: Coś w tym jest, choć to oczywiście zawsze wypadkowa wielu czynników. Szkoła jako system może obrzydzić lekturę. W szkole czytanie staje się przykrym obowiązkiem, zamiast być tym, czym moim zdaniem jest - wielką przyjemnością. Tyle, że wykształcony człowiek powinien znać jakiś kanon, powinien odczytywać ważne np. dla narodowej kultury konteksty – bez lektur to się nie uda. Niemniej – czytanie w szkole ma – mówiąc współczesnym językiem - zły PR. Najwspanialsza polska powieść Lalka Bolesława Prusa sprowadzona do odwiecznego pytania zadawanego na lekcji: „Wokulski, romantyk czy pozytywista?” na pewno odrzuca, a przecież to arcydzieło. A może można by o niej rozmawiać zupełnie inaczej? Ale w tym też rola rodziców, by pokazać dziecku, że w książkach jest zaklęta magia. I że mimo konieczności „przerabiania na lekcjach” Starej Baśni albo Łyska z pokładu Idy warto jej tam szukać. Ale ja nie miałam właściwie traum czytelniczych. Ja po prostu byłam ciekawa wszystkiego.

M.M. Galik: No tak, idealny czytelnik…

Ania Dziewit-Meller: Pamiętam, że w wakacje czytałam nawet swoje podręczniki do kolejnej klasy, bo lubiłam wiedzieć co mnie czeka. To jednak powodowało, że potem się trochę nudziłam na lekcjach , więc nie polecam.

M.M. Galik: Nie, to już naprawdę gruba przesada! Czy czytałaś też typową komercję? Czy wg Ciebie wielka popularność i promocja literatury masowej typu Zmierzch, Grey to psucie rynku czy poszerzanie tzw. targetu?

Ania Dziewit-Meller: Wychodzę z ugodowego założenia – niech ludzie sobie czytają to chcą, byle czytali. Kto wie, może kiedyś przyjdzie im ochota na poważniejszą lekturę? Gdy byłam mała czytałam to, co podsuwali mi rodzice czy dziadkowie, a że było to 100 lat temu saga Zmierzch nie miała prawa trafić w moje ręce. Niemniej jakieś głupotki typu Saga o ludziach lodu, którą dała mi koleżanka z klasy wyżej leżała przez chwilę na mojej półce.
Kluczowa jest jednak rola domu rodzinnego. Jestem o tym przekonana. No chyba, że ktoś trafi na jakiegoś charyzmatycznego nauczyciela, albo na oczytanego kolegę czy koleżankę, którzy będą mu imponować i z ich powodu zakocha się w książkach. Ale to chyba rzadkość.

M.M. Galik: Otoczenie i marketing też robi swoje. Do niedawna najpopularniejsze w Polsce były romanse i fantasy. Nieźle miała się literatura wysoka – zwłaszcza spod znaku Nike. Pomiędzy nimi była duża luka, zwłaszcza jeśli chodzi o książki komercyjne. Na szczęście pojawiły się kryminały i teraz z półek krew leje się hektolitrami. Myślisz, że rozwój idzie w dobrym kierunku?

Ania Dziewit-Meller: Niestety na półkach jest potwornie dużo szmiry, na którą naprawdę szkoda amazońskiej puszczy. Tym bardziej awans kryminału do wyższej ligi mnie osobiście bardzo cieszy. Zwłaszcza, że naprawdę mamy się czym pochwalić, bo polskie kryminały to nie tylko intryga, ale bardzo interesujące tło – czy to społeczne, czy historyczne, czy obyczajowe. Tak zwana literatura środka też zaczyna podnosić głowę. Katarzyna Tubylewicz, Grażyna Plebanek, Kaja Malanowska, Kuba Żulczyk – zaczyna się dziać naprawdę dobrze.

M.M. Galik: O właśnie, cieszy mnie jako czytelnika nowa fala polskich autorów: Masłowska, Bonda, Miłoszewski, Twardoch, Malanowska, Orbitowski. To silne i ciekawe osobowości. Czy mogą stać się prawdziwymi gwiazdami popkultury? A może wręcz powinny?

Ania Dziewit- Meller: Ha, no w sporze kto przeciw Twardochowi, kto za, ja stałam twardo za Twardochem. Uważam, że Mercedesowi należą się gratulacje za ten pomysł – niechże wreszcie intelekt i talent zaczną wypierać puste celebryctwo.

M.M. Galik: No raczej. Twardoch ma szanse być gwiazdą?

Ania Dziewit-Meller: Już jest. Na jakąś tam skalę. Oby więc ta skala się powiększała.

M.M. Galik: Młodzi autorzy coraz częściej pojawiają się w mediach i budzą coraz większe emocje. Niektórzy celowo skandalizują (Witkowski, Karpowicz), niektórzy wysyłają w świat kontrowersyjne wypowiedzi i buntują się przeciwko negatywnym zjawiskom w świecie wydawniczym. Czy te „skandale” to przypadek, czy nowa strategia?

Ania Dziewit-Meller: Takie czasy. Kasia Bonda w wywiadzie powiedziała, że ma świadomość, że sprzedaje produkt o nazwie Bonda. Ale skandale to chyba średnia strategia

M.M. Galik: Ale skuteczna ;)

Ania Dziewit- Meller: Bo ja wiem? Michał Witkowski chyba raczej pomniejszył grono czytelników, jego wydawca postanowił nawet wstrzymać wydanie kolejnej powieści. Ci co wiedzę o świecie czerpią z Pudelka, mają w nosie jego występy, liczba komentarzy pod artykułami o nim niech zaświadczy – tekst o byle niuni na ściance generuje o wiele większy ruch niż najbardziej nawet kontrowersyjne czapeczki jakiegoś pisarza. Za to tzw. „starzy czytelnicy” są co najmniej zdumieni co też on wyrabia i chyba odczuwają pewien niesmak. Mieszanie porządków nie zawsze wychodzi na zdrowie.

M.M. Galik: Może w długim okresie rozpoznawalność przełoży się na sprzedaż. Kto wie? Czy w Polsce łatwo jest wydać książkę ? Pytam w świetle dyskusji wokół płac pisarzy i swoich własnych doświadczeń. Moja książka satyryczna Olo owszem mogła być wydana, ale bez żadnego wsparcia promocyjnego i przy przekazaniu wszelkich praw autorskich. Czyli nieznana nikomu nowość ma się sprzedać sama konkurując z masą innych promowanych tytułów na rynku. Mission imposible. A może się mylę?

Ania Dziewit-Meller: Moim zdanie książki wydawać jest ZBYT łatwo! Tylko po co? Skoro nikt o nich nie usłyszy? Kluczowa jest bowiem promocja, a ta kuleje - nie sposób bowiem promować tylu autorów skutecznie. Wydawnictwa – mam wrażenie – idą dziś na ilość, nie na jakość. Wielu fajnych autorów przepada, bo na rynku jest zbyt duża ilość książek. Opowieści znajomych autorów o tym, jak po wydaniu ich książek nikt – dosłownie NIKT - ich nie promował, są stanowczo zbyt częste. I to dotyczy także dużych znanych wydawnictw.

M.M. Galik: Czyli przemiał jak hipermarkecie i znowu wracamy do nieszczęsnej promocji. Dyskusja o rozpaczliwym stanie czytelnictwa w Polsce zatacza coraz większe kręgi. I dobrze. Ale czy forma tej dyskusji jest wg Ciebie trafiona? Polacy jako naród uwielbiają narzekać, więc wymyślono hasło promocyjne: „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka”. Obstawiam, że efektem akcji będzie całkowite wyludnienie kraju i jeszcze gorsze wskaźniki demograficzne! I druga akcja: czytanie na rekord, np. 52 book challenge. Osobiście odpadłam w przedbiegach, bo jakie mam szanse z włoską emerytką rekordzistką, która w pół roku przeczytała 241 książek ? Swoją drogą ciekawe czy coś z nich pamięta?

Ania Dziewit-Meller: Nie jestem fanką tych akcji o negatywnym wydźwięku, typu „nie czytasz to cię jakoś tam ukarzemy”. Tak jak wszelkich akcji ze słowami RATUJMY, OCALMY, bo to od razu ustawia czytanie w roli jakiejś czynności wymierającej i dla hobbystów, typu snycerstwo. A przecież po pierwsze nie jest tak źle, a po drugie - boję się samospełniających się przepowiedni ;) Wolałabym aby tworzyć fajny, zdrowy snobizm, że czytanie jest świetne i wspaniałe i seksowne! Żeby z czytaniem stało się tak, jak z gotowaniem - z zapyziałej kuchni wyszło przecież na salony. Czy 10 lat temu ktoś myślał o tym, że kucharze staną się gwiazdami telewizji, a kioski będą pękać od atrakcyjnych miesięczników o gotowaniu? Może więc z czytaniem będzie podobnie. Ale do tego trzeba dużo pracy i jak to się mówi w Stanach – role models – liderów opinii, którzy pokażą innym, że warto.

M.M. Galik: Obyś była prorokiem, bo marzę o sexy gwiazdach - pisarzach i pisarkach oczywiście. Świat byłby wtedy taki piękny, jeszcze piękniejszy… Jaki jest Twój konkretny sposób na fajną promocję czytania?

Ania Dziewit-Meller: Nie wiem czy nasz pomysł - weBook jest fajny, ale wierzę, że tak. Szukamy sposobu dotarcia do różnych ludzi - nie chcemy przekonywać już przekonanych. Stąd obecność (już za chwilę) osób, które niekoniecznie kojarzone są z czytaniem, ale poprzez które można dotrzeć do tych co nie czytają, a mogliby zacząć.

M.M. Galik: Super! Większość krytyków literackich nie trafia do mas, delikatnie rzecz ujmując.

Ania Dziewit-Meller: No właśnie to nam przyświeca - wyjść poza hermetyczny krąg. weBook w miesiąc zdobył prawie 6 tysięcy fanów na fejsbuku, więc chyba jest ok.

M.M. Galik: Będzie Twardoch ze swoim Mercedesem? Są tacy piękni obaj… Serio ;)

Ania Dziewit-Meller: Pożyjemy zobaczymy :)

M.M. Galik: Ostatnie pytanie: co ostatnio czytałaś i co rozbawiło cię do łez?

Ania Dziewit-Meller: Jako, że od roku pracowałam nad moją nową książką, która za kilka miesięcy ukaże się w wydawnictwie Wielka Litera, czytałam głównie książki dotyczące tematu wojny. Więc niestety słabo z humorem.

M.M. Galik: Świetnie, wiedziałam, że tak będzie… Więc dla relaksu polecam mojego Ola wredną satyrę na złe kobiety, psychoszefów i ból istnienia. Czyli samo życie. Niezbędny jest jednak duży dystans i poczucie humoru, najlepiej rodem z Californication (pierwsze serie) i Monty Pythona. Oni potrafili śmiać się dosłownie ze wszystkiego, a najbardziej z siebie samych.

Ania Dziewit-Meller: Spróbuję :)

M.M. Galik: Dobra, dobra. Wszyscy tak mówią. Bardzo dziękuję za rozmowę i polecam program weBook na youtubie i fejsie.
Trwa ładowanie komentarzy...